Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 22 sierpnia 2010

Piątek, Sobota, Niedziela.

Piatek okazal sie bardzo ciekaawy.
Pierwszy lot w kapturze do zaslaniania widocznosci i generalnie instrumenty.
W zasadzie to zadna wieksza filozofia, trzeba tylko pamietac bardziej znaczace numery z ksiazki obslugi samolotu i w odpowiedni sposob sie do nich zastosowac.

Jedno solo, ktore odpadlo mi w czwartek chcialem przelozyc na Piatek, niestety...pogoda.

Sobota, od rana w szkole i znowu nic.

Niedziela, po raz 5ty z rzedu zmieniam swoj plan lotu, nanosze wiatry, zmienia sie kurs, predkosc wzgledem ziemi no i punkty kontrolne sa juz w innym miejscu.

Punkty generalnie wyznaczamy na mapie co 6 minut, w zaleznosci od tego jak wieje, w 6 minut mozemy zrobic 11 mil, mozemy tez zrobic 8.
3 mile to spora roznica, jezioro ktore mialo byc w tym czasie po prawej stronie, moze tam juz nie byc po zmianie wiatru.
Wiec 7 rano, przygotowalem samolot, paliwo uzupelnione, olej dodany, sprawdzony silnik. Wszystkie powierzchnie sterujace, linki, sruby, naciagi. Kola, cisnienie, bateria alternator, radio...Umyte szyby...nic tylko wsiadac i leciec.
Potem w pokoju załogi sprawdzam metar, i taf (terminal area forecast) dla moich wszystkich punktow, nanosze poprawki...i niestety widocznosc spada do 3SM (Mil lądowych) do tego VCTS (thunderstorm in the vicinity) i podstawa chmur na 1500 stop (nie mozna wykonac lotu VFR), do tego CB (cumulonimbus) dookola i zaczyna padać...nici z lotu.
Tak czekałem do 1600...
Na szczeście jutro powinno być lepiej więc mam wylot z samego rana, powinienem przerobić 2 lekcje i odrobić moje zaległe solo.
Czasem tak bywa ze pogoda pokrzyżuje dobre plany, nawet na florydzie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz